No siema.
Całkiem miło jest powiedzieć "siema" po tak długiej nieobecności. Co u mnie ? Hm. W sumie od ponad dwóch miesięcy troszke się zmieniło, wydarzyło i troszkę się podziało.
Zacznijmy od tego, że już na dobre opuściłam Szczecin. tak będzie lepiej. Dla mnie, dla wszystkich dookoła. ale właśnie przede wszystkim dla mnie.
Ciężko jest coś zacząć na nowo. Miasto, którego nienawidziłam, zmieniło się w moje małe miejsce na Ziemi, które na swój sposób pokochałam, a Ono pokochało mnie tą swoją toksyczną miłością. Zostawiłam tam masę wspomnień, uśmiechów, łez, smutków, zmartwień, masę ludzi, których spotyka się na swojej drodze tylko raz w życiu, tych wartościowych jak i tych mniej wartościowych, ale takich co to zostaną w mej pamięci. W końcu 4lata życia w jednym miejscu wiąże się z pozostawieniem tam cząstki siebie. I tak jakaś część mojej duszy została w Szczecinie, błąka się gdzieś na Podzamczu, czasem czmychnie na Wały, przeleci nad Bulwarem, rozłoży się na zielonej trawie jasnych Błoni, zalegnie na jednej z wielu ławek parku Kasprowicza, czasem przejedzie się 12stką, wsiądzie w 75. Piękne to były czasy, choć przepełnione moją dziecięca naiwnością.
Ostatnio odwiedzając Szczecin, dotarło do mnie, że właśnie się coś skończyło. dotarło to do mnie gdy siedziałam i sączyłam piwo w Morionie. Patrzyłam na te wszystkie znajome twarze, dla których pozostanę niebawem tylko kolejną postacią przy barowym stoliku. Ładnie się pożegnałam, wyściskałam kogo trzeba i usunęłam się po cichutku.
A jak dziś, pamiętam dzień, w którym przyjechałam do Szczecina. Byłam tak mega przestraszona, nie znałam nikogo, nie znałam miasta. Byłam jak mała, zagubiona dziewczynka, którą wysyłają co najmniej na Sybir. Pamiętam ten koszmarny czas, te pierwsze miesiące gdzie dzień w dzień wyłam w poduszkę w moim zapyziałym pokoju na Łabędziej, pamiętam tą tęsknotę za domem. Za którym później tęskniłam coraz mniej, z roku na rok przestałam odczuwać potrzebę jeżdżenia do rodziny. Czego teraz żałuję, bo widzę ile przez ten czas straciłam. Mój brat już nie jest wkurzającym gnojkiem, tylko staje się poważnym mężczyzną, rodzice nie stają się młodsi, chociaż mojemu tacie wydaje się, że nadal ma 20 lat ... ;) Uświadomiłam sobie jak bardzo za nimi tęskniłam przez te wszystkie lata i ile ze swojego życia przegapiłam zajmując się tym co nie trzeba, poświęcając się czemuś co nie wniosło nic wartościowego do mojego życia tylko mnie zniszczyło od wewnątrz... Ten wpis tu cholernie dużo mnie kosztuje. Może nie pisze wszystkiego o czym w tym momencie myślę, ale pisanie o tym co było, w sumie o dużej części mojego życia nie jest dla mnie wcale łatwe. Sama po sobie widzę, że dorosłam. Chociaż gdzieś tam czasem bywam dzieciakiem to moje patrzenie na świat się zmieniło, dzięki tym doświadczeniom jakie spotkały mnie przez te 4 lata. A nie były to lata usłane różami. Chociażby moja choroba. Nauczyła mnie tego, że życie w każdej chwili może się skończyć. Chciałam nauczyć się je docenić. Udawało mi się to z różnym skutkiem. Ale wiele we mnie zmieniło. Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać. Ale nie chcę wylewać tu stada łez, które samowolnie zlatują mi po policzku. Zostawiam więc Was z takim otwartym zakończeniem oraz ze zdjęciowymi migawkami mojego życia. Dziękuję, dobranoc.



































