środa, 5 lutego 2014

rewolucje.

A i owszem, czeka mnie wielka, życiowa rewolucja. Ale czy też jej podołam? Nie jest to już rozpoczęcie studiów, przeprowadzka, jakieś tam rozstanie. To coś o wiele poważniejszego, mianowicie zostanę mamą. 
Zanim usiadłam tu, by cokolwiek napisać, miałam tyle w głowie. Aktualnie mam w niej jedną wielką pustkę. Mogłabym nie kontynuować tego wpisu, odpuścić to sobie. Ale nie... Wrzucę tych parę beznadziejnych zdań. Bez ładu i składu. Bez sensu.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Oczyszczenie?

No siema.
Całkiem miło jest powiedzieć "siema" po tak długiej nieobecności. Co u mnie ? Hm. W sumie od ponad dwóch miesięcy troszke się zmieniło, wydarzyło i troszkę się podziało.
Zacznijmy od tego, że już na dobre opuściłam Szczecin. tak będzie lepiej. Dla mnie, dla wszystkich dookoła. ale właśnie przede wszystkim dla mnie.
Ciężko jest coś zacząć na nowo. Miasto, którego nienawidziłam, zmieniło się w moje małe  miejsce na Ziemi, które na swój sposób pokochałam, a Ono pokochało mnie tą swoją toksyczną miłością. Zostawiłam tam masę wspomnień, uśmiechów, łez, smutków, zmartwień, masę ludzi, których spotyka się na swojej drodze tylko raz w życiu, tych wartościowych jak i tych mniej wartościowych, ale takich co to zostaną w mej pamięci. W końcu 4lata życia w jednym miejscu wiąże się z pozostawieniem tam cząstki siebie. I tak jakaś część mojej duszy została w Szczecinie, błąka się gdzieś na Podzamczu, czasem czmychnie na Wały, przeleci nad Bulwarem, rozłoży się na zielonej trawie jasnych Błoni, zalegnie na jednej z wielu ławek parku Kasprowicza, czasem przejedzie się 12stką, wsiądzie w 75. Piękne to były czasy, choć przepełnione moją dziecięca naiwnością.
Ostatnio odwiedzając Szczecin, dotarło do mnie, że właśnie się coś skończyło. dotarło to do mnie gdy siedziałam i sączyłam piwo w Morionie. Patrzyłam na te wszystkie znajome twarze, dla których pozostanę niebawem tylko kolejną postacią przy barowym stoliku. Ładnie się pożegnałam, wyściskałam kogo trzeba i usunęłam się po cichutku.
A jak dziś, pamiętam dzień, w którym przyjechałam do Szczecina. Byłam tak mega przestraszona, nie znałam nikogo, nie znałam miasta. Byłam jak mała, zagubiona dziewczynka, którą wysyłają co najmniej na Sybir. Pamiętam ten koszmarny czas, te pierwsze miesiące gdzie dzień w dzień wyłam w poduszkę w moim zapyziałym pokoju na Łabędziej, pamiętam tą tęsknotę za domem. Za którym później tęskniłam coraz mniej, z roku na rok przestałam odczuwać potrzebę jeżdżenia do rodziny. Czego teraz żałuję, bo widzę ile przez ten czas straciłam. Mój brat już nie jest wkurzającym gnojkiem, tylko staje się poważnym mężczyzną, rodzice nie stają się młodsi, chociaż mojemu tacie wydaje się, że nadal ma 20 lat ... ;) Uświadomiłam sobie jak bardzo za nimi tęskniłam przez te wszystkie lata i ile ze swojego życia przegapiłam zajmując się tym co nie trzeba, poświęcając się czemuś co nie wniosło nic wartościowego do mojego życia tylko mnie zniszczyło od wewnątrz... Ten wpis tu cholernie dużo mnie kosztuje. Może nie pisze wszystkiego o czym w tym momencie myślę, ale pisanie o tym co było, w sumie o dużej części mojego życia nie jest dla mnie wcale łatwe. Sama po sobie widzę, że dorosłam. Chociaż gdzieś tam czasem bywam dzieciakiem to moje patrzenie na świat się zmieniło, dzięki tym doświadczeniom jakie spotkały mnie przez te 4 lata. A nie były to lata usłane różami. Chociażby moja choroba. Nauczyła mnie tego, że życie w każdej chwili może się skończyć. Chciałam nauczyć się je docenić. Udawało mi się to z różnym skutkiem. Ale wiele we mnie zmieniło. Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać. Ale nie chcę wylewać tu stada łez, które samowolnie zlatują mi po policzku. Zostawiam więc Was z takim otwartym zakończeniem oraz ze zdjęciowymi migawkami mojego życia. Dziękuję, dobranoc.





































poniedziałek, 3 czerwca 2013

Odmóżdżenie przez nawalenie.

Kryzys. Znów, po raz kolejny- enty. Mam czasem dość swojego siedzenia sam na sam i myślenia o pierdołach. Wtedy gdy siedzę sama moje szare komórki wykazują dziwną nadpobudliwość. Wolałabym czasem być bezmózgiem, serio.
Co u mnie, tak poza tym ? No cóż. Postanowiłam wybrać się do Poznania. Podróż pociągiem w środku nocy jest czymś tak ekscytującym, że myślałam, że się posikam. Niekoniecznie ze szczęścia. O ile podróż DO Miasta Doznań przebiegła w MIARĘ znośnie, nie można powiedzieć tego o drodze powrotnej, gdzie nie dość, że wyjeżdżałam z niego 2 dni, bo cały czas coś przekładałam, to jak się w końcu zebrałam w sobie to mój pech po raz 1.555 dał o sobie znać, a tak o, przypomniał mi się, że jest, cobym nie myślała, ze zamierzał mnie opuścić. No bo jak ? Spóźnione tramwaje. Kocham. No i dziś, jak już szczęśliwa, z biletem w rączce wsiadłam do pociągu i jarałam się jak małe dziecko, że JADEM to pociąg postanowił się zepsuć. Swoją drogą, spoko remont we Wronkach na dworcu, stałam tam godzinę. Ale dojechałam, dojechałam, Szczecin mnie nawet słonecznie przywitał, chociaż tyle pozytywnych aspektów tego parszywego dnia.
No zobaczenie zdjęć A. z cizią z pobytu "gdzieśtam" - rewelacja. Słodko-pierdzący naśladowca 'stanu zakochania'. Chciałabym życzyć mu szczęścia, ale no cóż, samo przez się.
O ile poprzednia notka była bardziej jakoś ze środka mnie, tak ta jest jakaś pierdołowata, znów chaotyczna, i zupełnie o niczym. ALE ... ! ALE... !
Jak ja polubiłam schodki u Oli! I wino ! I Rolling Stones'ów i włam do piwnicy. I kaca dnia następnego.
I poznańskie balkony i balkonowe przemyślenia też są spoko. I wino tam też jest spoko. W ogóle gdzie wino nie byłoby spoko ? Za dużo alkoholu w ten weekand, stanowczo. Ale cóż- co zrobić? No, trzeba pić.
Zawsze byłam mistrzem w tłumaczeniu samej siebie, wychodzi mi to niesamowicie dobrze.
I Poznań jest taki inny od Szczecina. Taki bardziej przyjazny, lepszy, nie pałętają się po nim moje wspomnienia, tak jak po tych szczecińskich ulicach. Nie łazi za mną nigdzie duch A. Bo A. woli łazić za mną taki hm... zmaterializowany. Ze swoimi problemami, ze swoim marudzeniem, ze swoją nową dziewczyną. Coś monotematyczna jestem ostatnio. Ale nic to, wylewamy żale, wylewamy.
No i podziwiam wytrzymałość mojej kuzynki. Niesamowicie, bo wściekłą Dorota, to nabuzowana Dorota, nabuzowana Dorota, to nakręcona Dorota, nakręcona Dorota to gadająca Dorota. Debil na resorach ganiający w kółko po pokoju to właśnie Ja.
Aha, Cornelius grejpfrutowy- polecam.

niedziela, 26 maja 2013

Dużo literackiego chaosu.

Dzień dobry.
 Już nie wiem od kiedy chodziłam z zamiarem założenia tego bloga. Bloga, hm ostatnimi czasy, ta forma istnienia w sieci nie kojarzy mi się najlepiej. Od razu uprzedzę: nie jestem szafiarką, gotuję średnio- nie będzie to zatem blog kulinarny ze wstawionymi zdjęciami z Instagrama, co za tym idzie nie "jestę hipsterę", nie mam ajfonika, ani makbuczka. Ray Ban'ów tez nie mam. Kawę w Starb(s)ucks'ie pijam od wielkiego dzwonu. Ale nie nie, nie miało być o tym kim nie jestem i czego nie robię. Zatem.
Mam na imię... Nie. To mało istotna sprawa. Nazywajcie  mnie Cynamonovą. Czy jak tam sobie chcecie. Jakby to powiedzieli najstarsi górale- 'newermajnd". Przeżyłam, a w sumie nawet jeszcze nie do końca, 23 lata. Ok. Jestem młoda dupa. Co mogę wiedzieć o życiu, co nie ? A właśnie o życiu będzie ten blog. O moim życiu przede wszystkim. O wszystkim i o wszystkich dookoła mnie, o tym co siedzi we mnie w środku, w najgłębszych zakamarkach duszy, głowy. Może to swoistego rodzaju autoterapia? Może będę tu pisać codziennie, może raz na tydzień, rok, miesiąc, w ogóle.. Nie wiem. Ale wiem jedno. Robię to przede wszystkim dla siebie. Dlaczego ? I tu zaczyna się cała historia... 
Odkąd pamiętam miałam problem z emocjami. Od piaskownicy. Ba! Chyba nawet jeszcze z czasów gdy byłam w łonie matki, bo jakoś nie mogłam się zdecydować kiedy wyjść na świat. Niezdecydowanie zostało mi do dziś. Bywa to męczące, nie powiem, że nie. I sprawia trochę problemów. A ja jestem mistrzem w ściąganiu na siebie problemów. I najbardziej popieprzonych życiowych sytuacji. Kiedyś wymyślę taką dyscyplinę, chociażby olimpijską. Sama tam wystartuję, wygram i jeszcze się obwieszę. Medalem, złotym rzecz jasna. A jeszcze niedawno myślałam, że mi to wszystko minęło, że jest ok, że wszystko jest poukładane: moje życie, głowa, myśli, problemy. Ha ha. Dobry żart. 
Chyba każdy z Was spotkał w swoim życiu taką osobę, która pojawiła się nagle, z przysłowiowej dupy. Wiecie, takie coś co to trafia nagle, a później określa całe Wasze życie i to kim jesteście. Piękna sprawa, co nie ? Miałam to szczęście, że spotkało to także i mnie. Jedno przypadkowe spotkanie, drugie, piąte, dziesiąte i nagle człowiek orientuje się, że praktycznie w ogóle nie sypia w swoim łóżku, a jeżeli sypia to nie budzi się sam, nie klnie już na budzik, bo dzień pięknie się zaczyna od buzi w czółko, śniadanko, papieros, sex, papieros, nagle w kubeczku na zlewie pojawia się dodatkowa szczoteczka do zębów, robi się coraz poważniej, piękniej, permanentne rzyganie tęczą i jedzenie sobie z dziubków. Mniam. Pięknie jest. Dużo słów, dużo gestów, dużo zaufania, dużo wiary, dużo zaangażowania. Dużo naiwności. Bo przecież jak ktoś o kogo dbacie, kto dba o Was, kto jest dla Was całym światem mógłby Was zranić? Od tej pory nie dziwię się dlaczego ludzie mają problem z okazywaniem większych emocji, z wypowiadaniem wyniosłych słów. Ja przez chwilkę tego problemu nie miałam. Teraz wrócił. Dlaczego? Bo Kochałam, a tfu. Kocham. Tylko teraz w środku mi wszystko pękło. Już nie mówię o tym, że pękło mi serce, no bo jak ? Ale pękła mi dusza? "Rozpękła" się na kawałeczki. Co jest najgorsze? Kilku kawałeczków brakuje. W zasadzie jednego. Jednego kawałka, który by na nowo pozwolił mi poskładać wszystko w jeden spójny element. Ten kawałek, który dawał mi siłę do wszelkiego działania, podbudował moją wiarę w siebie, pomógł mi się podnosić wtedy gdy było źle. 
Dziś mam kryzys. Ten emocjonalny. Pierwszy raz od miesiąca wyłam w poduszkę. Przez miesiąc udawałam silną. Udawałam silną nawet kilka dni temu. Patrząc mu prosto w oczy, gdy pytał czy ochłonęłam. A miałam ochotę mu wykrzyczeć wszystko w twarz. Ale nie. Nie będę pokazywać mu jak jestem słaba. Światu, temu dookoła, też nie pokaże. Będę chodzić z cyckami do przodu, z wypiętym tyłkiem, dumnie podniesioną głową i przyklejonym na Super Glue uśmiechem na mordkę. A jak. Dziekuję, dobranoc.