Już nie wiem od kiedy chodziłam z zamiarem założenia tego bloga. Bloga, hm ostatnimi czasy, ta forma istnienia w sieci nie kojarzy mi się najlepiej. Od razu uprzedzę: nie jestem szafiarką, gotuję średnio- nie będzie to zatem blog kulinarny ze wstawionymi zdjęciami z Instagrama, co za tym idzie nie "jestę hipsterę", nie mam ajfonika, ani makbuczka. Ray Ban'ów tez nie mam. Kawę w Starb(s)ucks'ie pijam od wielkiego dzwonu. Ale nie nie, nie miało być o tym kim nie jestem i czego nie robię. Zatem.
Mam na imię... Nie. To mało istotna sprawa. Nazywajcie mnie Cynamonovą. Czy jak tam sobie chcecie. Jakby to powiedzieli najstarsi górale- 'newermajnd". Przeżyłam, a w sumie nawet jeszcze nie do końca, 23 lata. Ok. Jestem młoda dupa. Co mogę wiedzieć o życiu, co nie ? A właśnie o życiu będzie ten blog. O moim życiu przede wszystkim. O wszystkim i o wszystkich dookoła mnie, o tym co siedzi we mnie w środku, w najgłębszych zakamarkach duszy, głowy. Może to swoistego rodzaju autoterapia? Może będę tu pisać codziennie, może raz na tydzień, rok, miesiąc, w ogóle.. Nie wiem. Ale wiem jedno. Robię to przede wszystkim dla siebie. Dlaczego ? I tu zaczyna się cała historia...
Odkąd pamiętam miałam problem z emocjami. Od piaskownicy. Ba! Chyba nawet jeszcze z czasów gdy byłam w łonie matki, bo jakoś nie mogłam się zdecydować kiedy wyjść na świat. Niezdecydowanie zostało mi do dziś. Bywa to męczące, nie powiem, że nie. I sprawia trochę problemów. A ja jestem mistrzem w ściąganiu na siebie problemów. I najbardziej popieprzonych życiowych sytuacji. Kiedyś wymyślę taką dyscyplinę, chociażby olimpijską. Sama tam wystartuję, wygram i jeszcze się obwieszę. Medalem, złotym rzecz jasna. A jeszcze niedawno myślałam, że mi to wszystko minęło, że jest ok, że wszystko jest poukładane: moje życie, głowa, myśli, problemy. Ha ha. Dobry żart.
Chyba każdy z Was spotkał w swoim życiu taką osobę, która pojawiła się nagle, z przysłowiowej dupy. Wiecie, takie coś co to trafia nagle, a później określa całe Wasze życie i to kim jesteście. Piękna sprawa, co nie ? Miałam to szczęście, że spotkało to także i mnie. Jedno przypadkowe spotkanie, drugie, piąte, dziesiąte i nagle człowiek orientuje się, że praktycznie w ogóle nie sypia w swoim łóżku, a jeżeli sypia to nie budzi się sam, nie klnie już na budzik, bo dzień pięknie się zaczyna od buzi w czółko, śniadanko, papieros, sex, papieros, nagle w kubeczku na zlewie pojawia się dodatkowa szczoteczka do zębów, robi się coraz poważniej, piękniej, permanentne rzyganie tęczą i jedzenie sobie z dziubków. Mniam. Pięknie jest. Dużo słów, dużo gestów, dużo zaufania, dużo wiary, dużo zaangażowania. Dużo naiwności. Bo przecież jak ktoś o kogo dbacie, kto dba o Was, kto jest dla Was całym światem mógłby Was zranić? Od tej pory nie dziwię się dlaczego ludzie mają problem z okazywaniem większych emocji, z wypowiadaniem wyniosłych słów. Ja przez chwilkę tego problemu nie miałam. Teraz wrócił. Dlaczego? Bo Kochałam, a tfu. Kocham. Tylko teraz w środku mi wszystko pękło. Już nie mówię o tym, że pękło mi serce, no bo jak ? Ale pękła mi dusza? "Rozpękła" się na kawałeczki. Co jest najgorsze? Kilku kawałeczków brakuje. W zasadzie jednego. Jednego kawałka, który by na nowo pozwolił mi poskładać wszystko w jeden spójny element. Ten kawałek, który dawał mi siłę do wszelkiego działania, podbudował moją wiarę w siebie, pomógł mi się podnosić wtedy gdy było źle.
Dziś mam kryzys. Ten emocjonalny. Pierwszy raz od miesiąca wyłam w poduszkę. Przez miesiąc udawałam silną. Udawałam silną nawet kilka dni temu. Patrząc mu prosto w oczy, gdy pytał czy ochłonęłam. A miałam ochotę mu wykrzyczeć wszystko w twarz. Ale nie. Nie będę pokazywać mu jak jestem słaba. Światu, temu dookoła, też nie pokaże. Będę chodzić z cyckami do przodu, z wypiętym tyłkiem, dumnie podniesioną głową i przyklejonym na Super Glue uśmiechem na mordkę. A jak. Dziekuję, dobranoc.